Przejdź do głównej zawartości

Posty

Teksty kultury na pandemię

Jak już wiemy pandemia jest zjawiskiem przerażającym i fascynującym jednocześnie, które chcemy czy nie, trzyma nas w domu. Spacer z psem, czy też spacer między sklepowymi półkami, podczas którego przy pomocy wyrafinowanych piruetów staramy się ominąć przebywające tam jednostki, staje się dla nas niewątpliwą i ekscytującą przygodą.  Nie piję już piwa trzy tygodnie, co nie wiem w jakim celu odliczam mojej mamie i co zdecydowanie przypomina zachowanie alkoholika na odwyku. I choć wiem, że piwo mogę pić również w domku, oglądając serial, muszę przyznać, że dla mnie nie smakuje ono tak samo, jak w pubie, czy barze, pijąc ze znajomymi. Brakuje mi też mojego teatru, kina, które uwielbiam oraz (shame on me) zakupów ubraniowych. Dzieje się tak, ponieważ zanim pandemia ta się rozpoczęła, miałam właśnie w planach wybrać się na porządne zakupy, w poszukiwaniu sportowych ubranek, spodni, sukienki na wesele koleżanki (które swoją drogą się wcale nie odbędzie) i cholera wie czego jeszcze. ...

Pandemijny strumień świadomości

Nastał czas niezwykły. Czas, w którym postanowiłam powrócić na bloga, ale również czas, o którym postanowiłam tu wspomnieć ze względu na jego nietuzinkowość. Mamy tu bowiem moi drodzy do czynienia z sytuacją, z jaką jeszcze nigdy nie mieliśmy w swym życiu do czynienia - mowa tu oczywiście o pandemii koronawirusa.  Gdyby rok temu ktoś powiedział mi, że w osiemnastego marca 2020, będę siedzieć od prawie tygodnia w domu i praktycznie nigdzie się z niego nie ruszać, gdyż będę wtedy (ja oraz właściwie cały świat) na kwarantannie z powodu pandemii, zapytałabym go czy nie naoglądał on się może zbyt wiele apokaliptycznego kina science - fiction. Tymczasem jest tak właśnie. Siedzę w domu, wszystkie zajęcia na uczelni zostały odwołane, mój teatr, radio i siłownia na razie wstrzymane z wszystkimi wydarzeniami, nie mogę wyjść do kina, na ubraniowe zakupy, ani na piwo ze znajomymi. Jest specyficznie. Jako osoba postrzegająca się jako barowo - teatralno - kinowo - podróżnicza, jest mi wyjąt...

Muzyczna mieszanka: polskie perełki

Mam dziś dla was zestawienie kilku polskich utworów - tych, które w ostatnich tygodniach nie schodzą z moich playlist. Jest tu trochę świeżynek, ale i odgrzebane starocie. Wszystkie są muzycznie doskonałe i prawią o mądrych rzeczach. Częstujcie się! Wszystko czego dziś chcę Izabela Trojanowska Utwór bez którego nie może odbyć się żadne, szanujące się wesele. Jest to chyba najładniejsza piosenka o seksie jaką znam, choć dopiero kilka miesięcy temu zrozumiałam jej, dość przecież wymowną, treść. Brawo dla mojej inteligencji. Kobieta z piosenki nie jest czekającą na księcia z bajki romantyczką i nie w głowie jej dalekosiężne plany związane ze ślubnym kobiercem. Chce wykorzystać okazję tu i teraz, skoro ma taką możliwość i bardzo dobrze. Jestem też zachwycona samą Trojanowską z lat osiemdziesiątych - szalenie seksowna i pełna wdzięku kobieta, mimo, że reprezentowała (niezbyt poważany przecież w ówczesnych realiach) styl chłopczycy. Uważaj na niego Pudelsi Maleńczuk ...

10 myśli z San Francisco

Przełamuję niejako tę moją blokadę twórczą (no tak to nazwijmy) i próbuję wrócić na bloga. Pewnie trudno będzie u mnie o regularność wpisów, choć byłaby ona zbawieniem, ale szkoda tych treści w mojej głowie, które aż proszą się o wypłynięcie na wierzch. Podejmijmy więc próbę! Zacznę od myśli, które zostały ze mną po trzymiesięcznym pobycie w San Francisco.  1. San Francisco, czy Nowy Jork? Po Nowym Jorku mało które miasto jest w stanie zachwycić/ zaskoczyć w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli chcecie zwiedzać tu miasta, Nowy Jork zostawcie sobie na koniec, jako wisienkę na torcie, bo i tak Was zmiażdży niesamowitością. Tymczasem, przyjechałam do San Francisco, gdyż chciałam czegoś nowego. Było ładnie, uroczo, ale bez tego "wow". 2. Bezdomność Tym co w San Francisco najbardziej przytłacza i przeraża jednocześnie jest skala bezdomności. Koleżanki ostrzegały mnie, że bezdomnych jest tu sporo, ale ja tłumaczyłam im, że znam już przecież sytuację z Nowego Jorku. A tu się ok...

Pewnego razu w Nowej Anglii

Pewnie pamiętacie gdy mówiłam, że w Stanach nie zakochałam się od razu. Teraz jest już inaczej, doszedł sentyment i mój  wewnętrzny głos każe mi wracać w przyszłe wakacje. Tym razem zamieszkam w innym mieście niż Nowy Jork, ale o tym kiedy indziej. Jeżeli zaś o Nowy Jork właśnie chodzi - miłość rosła w miarę upływu czasu, bo w pierwszych tygodniach kompletnie jej nie było. Przytłaczał mnie gwar, brud, chaos, zbyt szybki styl życia. Powoli, stopniowo się do tego wszystkiego przyzwyczajałam. W połowie pobytu byłam już w NY nieźle zadomowiona, a pod koniec nieomal płakałam, że muszę wyjeżdżać. Polubiłam ludzi z którymi pracowałam, miejsce pracy, moją śmieszną dzielnicę i po prostu całe wielokulturowe, pełne kontrastów miasto ze wszystkimi swoimi blaskami i cieniami. Ale nie o tym tu mowa, bo do NY jeszcze wrócimy. Co z tym moim trudnym uczuciem do USA? Zakochałam się w Stanach w połowie sierpnia. Dopiero. I było to niezależne od Nowego Jorku. Stało się to podczas pobytu w tej części U...