piątek, 2 czerwca 2017

Abba, zieleń i imigranci, czyli Sztokholm subiektywnie


Kto zna moje zamiłowanie do Europy Północnej, wie, że gdy tylko nadarzy się okazja do wyjazdu, wezmę walizę, torbę w renifery i wyruszę czem prędzej w te właśnie rejony. Będę włóczyć się po klimatycznych miastach, czy też podziwiać cuda Skandynawskiej przyrody. Tym razem przyszedł czas na Sztokholm.

Pierwszy przymiotnik, który przychodzi mi do głowy myśląc o tym mieście jest majestatyczny. Przyjechaliśmy z lotniska późnym wieczorem, więc tego dnia nie widziałam zbyt wiele. To kolejnego dnia, gdy wyszłam ze stacji metra w samym centrum Sztokholmu, zachwyciła mnie jego majestatyczność. Myślę, że ten efekt wzmocniony był przeszywającym zimnem, jakiego można było w Szwecji doświadczyć w ostatnich dniach kwietnia i wynikającym z tego ogólnym (błogosławionym przeze mnie) deficytem turystów. W każdym razie tak: piękny, czysty, imponujący - taki jest Sztokholm.



                             fantastyczne rysunki w sztokholmskim metrze


Początki zawsze są trudne

Prawdopodobnie ludzie, którzy to czytają nie są podobnymi do mnie niedoogarami życiowymi, ale opowiem to ku przestrodze. Jakoś miesiąc przed weekendem majowym zarezerwowałam lot, zarezerwowałam hotel, ale w moim umyśle nie wykrystalizowała się myśl, by sprawdzić jak daleko jest lotnisko od Sztokholmu. Otóż okazuje się, że daleko. I tu przestrzegam - są 3 lotniska wokół stolicy: Bromma, Arlanda i Sztokholm-Skavsta. Dwa pierwsze są dość blisko miasta, trzecie - 1,5 godziny. Jak się domyślacie, to było to nasze. W rezultacie tragedii nie było. Dojechaliśmy po prostu ze trzy godziny później niż było w planach, a że recepcja hotelowa czynna była całą dobę, wszystko było ok. Za to najedliśmy się trochę niepotrzebnego stresu przed lotem. Po wylądowaniu na Skavsta, które to lotnisko jest małe i doprawdy nie da się tam zgubić, wsiedliśmy od razu w tęczowy autokar, który dowiózł nas prosto do dworca centralnego. Stamtąd wsiedliśmy do metra, które zawiozło nas do naszej niepowtarzalnej dzielnicy - Kungens Kurva. Ileż śmieszków i drobnych anegdotek powstało podczas naszego kilkudniowego pobytu na ten temat, można by zliczać. W każdym razie dodam jeszcze, iż ponieważ w naszej cudnej dzielnicy nocne autobusy jeździły bardzo rzadko, mieliśmy niebywałą przyjemność zaliczenia nocnego ponad kilometrowego spacerku wzdłuż autostrady. Dotarliśmy do hotelu około 2.30 w nocy. Ptaszki już śpiewały poranne arie. Także ten.


Zakwaterowanie

Hotel Dialog, który zamieszkiwaliśmy był z tych klasy budget. Nie potrzebowaliśmy luksusów, ani pięknych widoków, więc z okna widzieliśmy parking. :) Z tego co przyuważyłam, zatrzymywali się tu turyści z różnych stron świata, ale również sporo kierowców i robotników. Nie doskwierało jednak to w żaden sposób - żadnych głośnych zachowań, porannych klaksonów - pełna kulturka. Jeśli więc spojrzeć na stosunek jakości do ceny, to super. Jeżeli zaś ktoś pragnie większych luksusów, musi szukać gdzie indziej. My wychodziliśmy z założenia, że całe dnie będziemy spędzać poza hotelem, więc mimo chwilowego jojczenia rodziców na zbyt niski (w porównaniu chociażby do zeszłorocznego Amsterdamu) standard, potem zgodzili się ze mną. Obsługa była bardzo miła. Nikt nie robił problemów, ani ze względu na nasz późny przyjazd, ani z powodu przychodzenia na śniadanie w ostatniej chwili (bycie śpiochem mam w genach jak widać). Pokój sprzątany był codziennie, a śniadania były bogate i bardzo smaczne. 


Zwiedzanie - Centrum

Zwiedzanie Sztokholmu warto rozpocząć od obejścia Starego Miasta, przyjrzeniu się pięknym kamieniczkom i instytucjom kulturalnym. Warto więc wysiąść na dworcu centralnym i wybrać się na spacer w kierunku dzielnicy Gamla Stan. Tam dochodzimy do ryneczku, który mimo, że jest mały, to jest urokliwy. Kolorowe kamieniczki go otaczające przypominają mi piękny Poznań, czy też Wrocław. Mieści się tam reż Muzeum Nobli. Ta dzielnica jest też pełna uroczych kawiarenek, restauracji (jedliśmy w bistro) i sklepów z pamiątkami. Niektóre są nietuzinkowe oraz można zakupić w nich rzeczy w dość okazyjnych cenach. Na obrzeżach dzielnicy Gamla Stan mieści się Zamek Królewski, który jest właśnie jedną z budowli, wzmacniających u mnie wrażenie majestatyczności miasta. Zamek ma w sobie surowe piękno, które niejako podkreśla skromność Szwedów i samego króla (jest ponoć ludzki i nie wywyższający się). Akurat udało nam się uczestniczyć w koncercie chóru młodzieżowego, który to koncert odbył się w królewskiej kaplicy. Niezłe wrażenie robią również budynki Parlamentu Szwedzkiego oraz opera. Jako ciekawostkę powiem, że ma być tam wystawiony pierwszy spektakl, w którym aktorzy/śpiewacy będą pływać pod wodą. Nie wiem na jakiej zasadzie ma przebiegać śpiewanie arii pod taflą wody, ale no coool! W dzielnicy tej możemy sobie wejść do trzech kościołów: fińskiego, niemieckiego i Storkyrkana. Byliśmy prawdopodobnie w drugim i trzecim, ale pamięć do kościołów, o ile nie są jakieś szalenie zachwycające, mam bardzo słabą. Nic więc o nich nie powiem, oprócz tego, że wszystkie trzy są z założenia protestanckie. 

                                            
                                                



Djurgarden - moja ulubiona część miasta

Jest to jedna z licznych wysp Sztokholmu, na której wysiadłam spontanicznie, w drodze do Skansenu. Z tramwaju zobaczyłam, iż jest tam tak pięknie, a pogoda jest tak przyjemna, że muszę koniecznie wysiąść i przejść się promenadą wzdłuż Bałtyku. Polecam Wam przejść się wzdłuż morza i wdychać morską bryzę jak najgłębiej. Daję gwarancję, że gdy tylko zamkniecie oczy, przeniesiecie się do czasów beztroskiego dzieciństwa i wakacji w Kołobrzegu, Łebie, Jastarni, czy też moim ukochanym Świnoujściu. Zapach jest dokładnie taki sam, bo i morze to samo - ukochany Bałtyk. A więc szłam sobie tą promenadą, wdychałam co nieco. Po jednej stronie widziałam wysokie, dostojne kamienice, a po drugiej śliczne jachty. W tle, za nimi widać było Grona Lunds Tivoli - duży, baaardzo rozrywkowy lunapark, z którego mrożące krew w żyłach krzyki niosły się przez całe morze. Jeżeli ktoś więc lubi tego typu rozrywki, polecam - owe sprzęty do tortur wyglądały imponująco. Na wyspie znajduje się piękny Royal Park - bardzo spokojne, czyste i estetyczne miejsce, idealne na popołudniowy spacer. Wychodząc z parku, idąc w stronę promenady, nie sposób nie zauważyć Muzeum Nordyckiego - architektonicznej perełki, mieszczącej w sobie zbiory prezentujące historię Szwecji, m.in. pod kątem sztuki i ubioru. Tego muzeum nie zwiedziliśmy, choć kiedyś na pewno się tam wybiorę. Po prostu nie dało się wszystkiego. Na Djurgarden mieszczą się również trzy superfajne muzea: Muzeum Vasa, Skansen i Abba Museum. O nich to opowiem już osobno.



                                                      Royal Park


Skansen

Skansen to według definicji słownikowej, w skrócie, muzeum na wolnym powietrzu. A skąd pochodzi to słowo? Otóż właśnie ze Szwecji! To Szwedzi rozpoczęli tradycję tworzenia tego typu rozrywki, która lubiana jest nie tylko przez dzieci! 
Co do sztokholmskiego Skansenu, odkąd tylko zobaczyłam go w przewodniku, wiedziałam, że chcę tam pójść. Dlatego w momencie gdy moi rodzice podziwiali nowoczesne dzielnice miasta (tata jako zapalony architekt nie mógł przejść obok nich obojętnie), ja spacerowałam wokół XIX drewnianych, skandynawskich chatek, zagród z łosiami i reniferami oraz replik warsztatów rzemieślniczych. Akurat miałam szczęście, bo, jako studentka być może z okazji Nocy Walpurgii o której zaraz opowiem, weszłam całkowicie za darmo (w innym razie zapłaciłabym całkiem niezłą zbitkę koron)! Gdy wjechałam na górę ruchomymi schodkami, od razu roztoczył się przede mną widok ślicznej wioseczki, w której to między czerwonymi chatkami spacerowali przebrani w stroje epoki ludzie. Weszłam więc do jednej z nich, w której akurat znajdował się warsztat szklarski. Siedziałam tam dosłownie 40 minut, obserwując jak pani robi naczynia i zwierzątka z płynnego, barwnego szkła. Czy może odkryłam swoje szklarskie powołanie? A może plastyczne, gorące szkło działa na mnie hipnotyzująco? No nie wiem, w każdym razie po tych kilkudziesięciu minutach stwierdziłam, że może by warto zobaczyć coś jeszcze. Weszłam więc do innych warsztatów, piekarni, apteki, małych domków, gdzie dwie starsze panie w XIX strojach siedziały przy filiżankach herbaty. Zaglądnęłam też do klimatycznego, drewnianego kościółka, terrarium i mini zoo, gdzie szalały przecudne małe kózki. Następnie udałam się na samą górę skansenu, skąd roztaczał się piękny widok na część miasta, z resztą niezwykły krajobraz widoczny był z kilku miejsc muzeum. To też jeden z licznych powodów, dlaczego warto się tam wybrać. Ale co było na górze? Można było obejrzeć piękne niedźwiedzie brunatne, łącznie z małymi, niedawno urodzonymi misiami, foki, papugi, urocze kuce szetlandzkie, jelenie, pawie, a przede wszystkim typowe dla Szwecji łosie (wyglądały jakby wszystko miały gdzieś) i renifery (wychodziły z domku tylko na chwilę, by zapozować do zdjęcia). Trochę się tym łażeniem zmęczyłam, toteż usiadłam sobie w końcu w środku skansenu i zjadłam duże frytki. Swoją drogą restauracji, barów i przede wszystkim sklepów z pamiątkami było bardzo dużo i znowu miałam syndrom disneylandzki. Jest to nawiedzające turystę wkurzenie, gdy sobie uświadamia, że spora część ładnych domków, które miał nadzieję zwiedzić, to sklep z pamiątkami, czy kawiarnia. Pierwszy raz tego syndromu doznałam w Disneylandzie - może go opatentuję? Gdy nadszedł wieczór i pozamykano już większość obiektów muzealnych, siadłam sobie przy scenie i oglądałam próby przed Nocą Walpurgii. Potem weszłam do restauracji i jadłam pyszne ciacho. No fajnie było, nie powiem. Gdy przyszli rodzice, poszliśmy do dzikich zwierząt raz jeszcze. Aha, co ważne i bardzo fajne, zwierzęta te, mają w swoich zagrodach bardzo dużo miejsca. Cieszę się, że w Polsce też już zaczyna tak być, bo to choć namiastka naturalnych warunków dla takiego stworzenia. O 21 rozpoczął się bardzo przyjemny koncert, gdzie śpiewano tłumaczone na szwedzki współczesne przeboje. No brzmiało to uroczo. Potem śpiewał chór (chyba) marynarzy, jakiś szwedzki, folkowy zespół (tutaj miłość <3) oraz pewna natchniona pani wygłaszała bardzo długi wiersz. W pewnym momencie zapalono ogromny stos słomy, który stał na środku placu. Jest to symbol Nocy Walpurgi, która do dziś kojarzona jest zarówno z nordyckim świętem zmarłych, jak i sabatem czarownic. Stos podpala się by ostatecznie pożegnać się z zimą, powitać wiosnę i wygonić złe moce. Słoma, jak to słoma, paliła się długo i pięknie. Grała folkowa muzyka, ludzie śpiewali i tańczyli wokół ognia (ja trochę też), iskry skakały wokół i niknęły w mroku. Było ciepło od ognia, niesamowicie klimatycznie i po prostu wesoło. Nikt się nie upił, nie krzyczał, nie robił głupot - po prostu - było radośnie. Ludzie się do siebie uśmiechali, a mi było przemiło. Cieszę się, że odkryłam ten skansen, a wybranie się tam w Noc Walpurgii to już w ogóle strzał w dziesiątkę. Polecam więc - dla każdego, ale dla dzieci to już koniecznie!


                           
                             Renifery i łosie - przekochane symbole Szwecji

Muzeum Vasa

To co znajduje się w tym muzeum, w mojej ulubionej dzielnicy Djurgarden, to wielki, robiący niezwykłe wrażenie statek. Statek ten zatonął nieopodal sztokholmskiego portu w 1628 roku. Wyłowiono go ponad 320 lat później, poddano szczegółowej konserwacji i umieszczono w muzeum o specjalnym, "zdrowym" dla łodzi mikroklimacie. 
Co ciekawe, spekulacji tyczących się zatonięcia łodzi jest dużo, jednak najprawdopodobniej zadecydował o tym nadmiar figurek i wszelkich ozdób stanowiących dużą część wyposażenia statku. Łódź po prostu została przeciążona i zatonęła. Mimo, że stało się to stosunkowo blisko portu, niestety zginęło około 50 osób. Jak już mówiłam całe muzeum skupia się wokół okrętu, a więc zwiedzając, widzimy go z różnych stron, od dołu i od góry. Oprócz tego, wokół statku, zostały przedstawione realia XVII wieku - jak żyli ludzie, jak wyglądali, co robili, jak zarabiali na życie. Widzimy również wyłowione elementy statku, niektóre bardzo ozdobne - te winne katastrofie. Wystawione są też kości i czaszki części załogi oraz różne rekwizyty związane z tamtym okresem, między innymi obrazy przedstawiające polskich magnatów! Nic z resztą dziwnego, w tamtych czasach Rzeczpospolita bezsprzecznie utrzymywała kontakty ze Szwedami. Na najniższym piętrze, tam gdzie możemy obejrzeć okręt od dołu, jest też bardzo ciekawie przedstawione stopniowe przygotowywanie, konserwowanie i zabezpieczanie statku - cała historia tego procesu. Stosuje się bowiem wiele środków chemicznych i nie tylko oraz specjalną wentylację i klimatyzację, by chronić ten cenny obiekt. Szczerze się przyznam, że łódź zrobiła na mnie ogromne wrażenie, większe niż się spodziewałam. Zajmuje w końcu całe muzeum! Totalny must see Sztokholmu.




Muzeum Abby
Ostatnie muzeum ze świętej trójcy muzealnej, którą dla Was stworzyłam. Nie jestem pewna czy zainteresowałoby kogoś kto nigdy z Abbą i  jej utworami nie miał do czynienia. Jeżeli jednak jesteście zaznajomieni choć z częścią jej utworów, lubicie je, bądź też podobała Wam się Mamma Mia, musicie koniecznie się tam wybrać! Wizyta tam to bowiem kilka godzin dobrej zabawy! Zaczyna się od sali poświęconej Eurowizji, gdzie można się zaznajomić z większością zwycięzców tego wydarzenia, zobaczyć filmy wielu występów i przeczytać m.in. o polskich wykonawcach. Potem przechodzi się do dużej części poświęconej Abbie i tak to się dzieje! Poznajemy biografie każdego z członków zespołu (nie wiedziałam że Abbę tworzyły dwa małżeństwa!), oglądamy szalone stroje, instrumenty, setki płyt i nagród. Słuchamy wywiadów z piosenkarzami i ich ekipą, zaglądamy do kącika kostiumowego, makijażowego, pomieszczeń stylizowanych na sale koncertowe, dyskoteki, wnętrza pomieszczeń z teledysków, wkraczamy do świata Mamma Mii, podziwiamy wszelkie, muzyczne i codzienne rekwizyty. Możemy wejść do specjalnych pomieszczeń, gdzie śpiewamy karaoke i nikt nas nie widzi (przydatne xd), tańczyć z hologramami członków zespołu, miksować utwory, czy rozwiązywać quizy. Wszystko to z nieśmiertelnymi piosenkami w tle.
Oprócz świetnego wyposażenia muzeum Abby, zaskoczyła mnie ilość Polaków, jaką tam spotkałam! Bylo to bardzo miłe i polazywalo jakim barwnym fenomenem była Abba w komunistycznej Polsce i jak bardzo kochamy ją do dziś! W sklepie z pamiątkami też są świetne rzeczy, chociażby miód z napisem Honey, honey. Niestety, ceny robią swoje. Same muzeum też tanie nie jest i co istotne, można tam płacić tylko kartą. Z resztą, o czym zapomniałam wcześniej powiedzieć - dzieje się tak w Sztokholmie coraz częściej, szczególnie w muzeach. Nie musicie więc mieć przy sobie aż tak dużo koron. Wracając do Muzeum Abby, polecam ogromnie. Dawno się tyle nie wybawiłam!







Ludzie


O Szwedach i Szwecji krążą dziwne, acz fascynujące legendy, jakoby po Sztokholmie ganiały hordy zdziczałych, islamskich imigrantów rabujących co popadnie. Nie ma tam też w ogóle dzieci ze względu na miliony wyzwolonych feministek, a te maluchy co się ostały, prowadzają się tylko z matką (tą feministką bez męża) i są rozwydrzone przez te straszne i niedobre skandynawskie, bezprzemocowe wychowanie. Na pewno kilka takich legend by się jeszcze znalazło, tymczasem ja je nieco sprostuje.
Tak. Szwecja to kraj imigrantów. I to imigrantów wszelkich ras, kultur i religii. Podczas swojego prawie tygodniowego pobytu w Sztokholmie (oraz pobytu w Malmo kilka lat temu) spotkałam Hindusów, Arabów, Afroamerykanów, Chińczyków, Anglików, Rosjan, Polaków i wielu, wielu innych. A więc całkowite multi - kulti, totalny melting pot. Czy mi się to podobało? Tak. Czy wynikają z tego również problemy? Oczywiście, jak w każdym społeczeństwie wielokulturowym, ale plusy równoważą minusy. Nie ma na pewno owych zdziczałych hord imigrantów z Azji (nie przesadzam - dostaliśmy od cioci pytanie czy nie baliśmy się iść w nocy do hotelu, bo jakiś uchodźca mógł wyskoczyć zza rogu. Serio. :D) 
Z kim się zetknęłam - ponieważ mieszkańcy Szwecji są przekochani i niesamowicie pomocni, mieliśmy okazję porozmawiać z pewną ich liczbą. W naszym hotelu, w recepcji pracowali głównie panowie pochodzenia arabskiego - pomocni, konkretni, uśmiechnięci - nie miałam im nic do zarzucenia. Pracownicy sklepów, muzeów, metra - często biali lub czarni Szwedzi, również byli bardzo mili. Dostrzegłam taką chęć pomocy turystom, której u nas w Polsce nie ma. Po prostu - widzą zagubionych turystów (nas xd) - podchodzą i pytają się czy coś pomóc. Od razu robi się cieplej na serduchu. Co do białych, oryginalnych (xd) Szwedów - w sporej części są prześliczni, także moja blondfilia została zaspokojona i mogłam w spokoju gapić się w metrze na jasnowłosych młodzieńców. 
Co do Polaków, można by długo mówić. Było trochę turystów, pracowników, mieszkańców, ale najbardziej uwagę zwracali prawilni, sztampowi, polscy menele, przypominający tych pijaków pod sklepem z Rancza. Było ich trochę, ale wrażenie robili spore i jakby nie patrzeć negatywne. Polską pijacką pieśń w wykonaniu pewnej pani, słyszałam już z drugiego końca ulicy, podobnie jak przechwałki dwóch panów, który to więcej wypił wódki dnia wczorajszego. No cóż, nie było to miłe, ale tak jest i nic już na to nie poradzimy. W naszym hotelu mieszkali z kolei polscy robotnicy, którzy mimo swej ewidentnej januszowatości, byli bardzo sympatycznymi ludźmi do pogadania. Spotkaliśmy jeszcze kilku naszych rodaków, którzy ewidentnie byli mieszkańcami stolicy, już nawet nie tak wiele Januszów i Grażyn. Co do polskich turystów, jak już mówiłam, najłatwiej ich było spotkać w muzeum Abby.
Poruszając temat kolejnej z legend - rodzin z dziećmi jest bardzo dużo! Naprawdę, w weekend, w dni pracy... Nie spostrzegłam deficytu ani wśród dzieci, ani wśród ich tatusiów. Jest trochę jedynaków, ale i sporo dwójeczek, a nawet trójek. Widać też dużą różnicę (w porównaniu do Polski) w traktowaniu dzieci przez rodziców - faktycznie maluchy są traktowane bardziej jak partnerzy - rozmawia się z nimi, tłumaczy - nie widziałam by ktokolwiek na dziecko krzyknął. Zaobserwowałam mniej sfrustrowanych rodziców - o. Dzieci są natomiast grzeczne i spokojne (oczywiście są wyjątki), za to zauważyłam w nich przemożną ciekawość świata. Fajna sprawa. Warto więc może sobie pomyśleć, czy tak obśmiane i przyprawione polskim oburzeniem skandynawskie wychowanie bez przemocy (fizycznej, psychicznej), aby nie zdaje egzaminu.
Abstrahując, szwedzki dzieci są przeurocze ze swoimi blond czuprynkami. Z resztą te mieszane też są śliczne.

W Szwecji będzie wam bardzo trudno znaleźć niemiłego człowieka, z resztą po co mielibyście takiego szukać. W sklepach, restauracjach, hotelach, na ulicach - wszyscy wam pomogą, wskażą drogę itp. Co ważne praktycznie z każdym da się dogadać po angielsku. Jednocześnie możecie wyglądać jak chcecie, śpiewać na ulicy i gadać do siebie (xd) i nikt się nie będzie na Was gapił. Szwedzi po prostu wiedzą kiedy podejść, zagadać, A kiedy zostawić Was w spokoju - idealny balans.


Kapryśna pogoda, kapryśne ceny

Jedyne co może Wam przeszkodzić to kapryśna pogoda i trochę większe ceny. Chodząc po Sztokholmie ubierajcie się więc na cebulkę bo nigdy nie wiadomo. No chyba, ze mówimy o lecie, to inna sprawa. Co do cen, można znaleźć całkiem fajne hotele, bądź hostele średniej klasy, na których możecie sobie porządnie zaoszczędzić. Zakładając, że całe dnie będziecie spędzać na mieście, jest to dobre rozwiązanie. Zaoszczędzicie też na wodzie pitnej - w Szwecji bez obaw można pić ją z kranu. Co do pamiątek, obejdźcie dzielnice Gamla Stan dokładnie - w niektórych sklepikach można znaleźć bardzo tanie pocztówki i inne pamiątki. Zakupy warto zaś robić w supermarketach, to nic nowego. Ceny są tam korzystne - np w takim Lidlu.



                                      Świetne ruchome schody w metrze

Podsumowując, jest duża szansa, że pokochacie stolicę Szwecji. Szczególnie jeśli oceniacie pewien cudowny deficyt turystów (=/= Paryż) i surowe piękno Skandynawii. Piękne budynki, urokliwe wysepki, dużo zieleni i cudowni ludzie to tylko część sztokholmskich zalet. Ja się w Szwecji zakochałam i będę tam wracać. Może z Wami też tak będzie?

środa, 3 maja 2017

Nastoletni koloryt

cinema, food, movie theater

Filmy dla nastolatków zazwyczaj dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza z nich to te disnejowskie - grzeczne i przesłodzone. Lwia ich część powstała na potrzeby Disney Channel i oglądane są raczej przez młodszą młodzież (i hmm... czasem przeze mnie). Druga kategoria to te już mniej grzeczne, gdzie główne problemy naszych nastolatków to miłość, seks, szkoła, czasem jeszcze wredne, zdradliwe przyjaciółki i surowi do szpiku kości rodzice. Pod spodem zaprezentuję Wam kilka filmów dla nastolatków które mi (baaardzo subiektywnie) się podobają.


Zakochana Złośnica

Jestem na świeżo po tym filmie, bo obejrzałam go przed w Wielkanocą, w przerwie między jedną pisanką, a drugą (seriously). Zdecydowałam się go obejrzeć trochę ze względu na polecenie przez Lisie Piekło, a trochę ze względu na moje rozwijające się, z góry skazane na porażkę z wiadomych przyczyn, uczucie do Heatha Ledgera. Mimo, że fabuła jest oczywiście przerysowana i totalnie schematyczna, film ten mnie nie zawiódł. Główną bohaterką filmu jest Kat - dziewczyna zimna i niedostępna. Wszyscy się jej boją, żaden chłopak nie zaprosiłby jej na randkę. Całkowitą odwrotnością Kat, jest jej siostra - słodka i subtelna Bianca. To ona staje się obiektem pożądania chłopców, jednak randki z nią staną się możliwe dopiero w momencie, gdy Kat również zacznie wychodzić na imprezy. W innym przypadku ojciec sprzeciwia się wszelkim randkom. Tutaj do akcji wkracza zbuntowany Patrick (Heath Ledger ❤), który ma za pieniądze uwieść niedostępną siostrę. Wtedy Michael będzie mógł swobodnie umawiać się z Biancą. Brzmi skomplikowanie i trochę idiotycznie. Owszem, film nie jest za głęboki, ale zdecydowanie fajnie się go ogląda. Zmagania Patricka w drodze do serca Kat ogląda się z przyjemnością. Sama od początku kibicowałam tej parze, z resztą na tle całej reszty, ci bohaterowie są tak barwni, że pozostała grupka schodzi na dalszy plan. W Zakochanej Złośnicy nic nie jest ekstremalnie wspaniałe, ale wszystko jest miłe dla oka przynajmniej w stopniu umiarkowanym, a to już wiele. Podsumowując - film uroczo schematyczny i przewidywalny, ale nad wyraz kochany. Od kilku dni Kat i Patrick to jedna z moich ulubionych, filmowych par. Osoby, które mają świadomość w jaki gatunek wdeptują, nie będą zawiedzione.


Randka z Gwiazdą

Do obejrzenia tej muzycznej komedii romantycznej, będzie potrzebna świadomość, iż jest to produkcja Disney Channel. Jeżeli dotarła do Was ta informacja, co więcej, została ona głęboko przetrawiona, możecie zabierać się za oglądanie. Główne role w Randce z Gwiazdą przypadły Danielle Campbell i Sterlingowi Knightowi, który mi się swoimi czasy bardzo podobał (o gustach się nie dyskutuje, więc cicho siedzieć!). Aktorzy ci grają postacie dwóch nastolatków, którzy są na co dzień po dwóch zupełnie przeciwległych biegunach życiowych. Ona - zaczytana w książkach, ironiczna, ale w głębi duszy wrażliwa dziewczyna, którą śmieszą wszelkie przejawy uwielbienia do gwiazd. On - młody, odnoszący sukcesy muzyk i początkujący aktor, któremu czasem ciężko odróżnić pełną blichtru grę, od normalnego życia. Dzieje się jednak coś co styka ze sobą te przeciwległe dusze i zmusza do koegzystencji. Akcja dzieje się oczywiście w Hollywood, dzięki czemu mamy co, oprócz rozwijającego się uczucia bohaterów, podziwiać. Co jeszcze warto pochwalić w filmie o prócz fabuły, aktorów i zdjęć, to Muzyka. Sterling Knight śpiewa naprawdę niezłe kawałki, które dobrze wpasowuja się w całokształt obrazu. Dla mnie oglądanie tego filmu było po prostu przyjemne i nie chodzi tu tylko o urok osobisty Sterlinga. Świetnie się ogląda to, jak główna para dobrze na siebie oddziałuje. Jak pokornieją i zmieniają się na lepsze, dzięki wzajemnemu wpływowi. Jeżeli nie przeszkadza wam lekka disnejowska cukierkowatość i kalifornijski upał, koniecznie weźcie się za ten film!



American Pie i American Pie: Zjazd Absolwentów

American Pie to komedia, i pytanie, czy faktycznie dla nastolatków. Z założenia raczej dla wszystkich, ale mając na uwadze dużą ilość toaletowego, wulgarnego czasem humoru, śmiem twierdzić, że przypada on do gustu głównie młodym osobom. Powiem szczerze, że o ile sceptycznie podchodziłam do tego filmu, tak śmieszył mnie. Co takiego tkwi w toaletowym, miejscami naprawdę ordynarnym humorze, iż w sumie całkiem go lubimy? Czemu tak lubimy stroić sobie żarty z seksu, masturbacji, genitaliów? Sięgając dna humoru, twórcy ciągną za bardzo cienką linkę prowadzącą do naszego mózgu. Jeżeli osiągną dno żenady, ta linka pęka. American Pie balansuje na granicy zerwania linki, a więc na granicy żenady, ale paradoksalnie linka nie pęka. Potrzebujemy takiego humoru, takich płytkich i wulgarnych żartów, choć często sami nie chcemy się przed sobą do tego przyznać. Mimo, że w tym przypadku, do przekroczenia granic jest bardzo blisko, nie zostają one przekroczone. Krzywimy się widząc kultową już scenę seksu z ciastem, w wykonaniu Jima (oraz ciasta), ale śmiejemy się z tego. Podśmiechujemy się też z ojcowskich rad taty Jima, zwariowanej flecistki, czy szalejących hormonów uczniów liceum. No ogólnie - jest wesoło. Nie powiecie chyba, że nie zaśmialiście się przy tym filmie ani raz? Teraz chciałam coś podkreślić. Zabierając się za American Pie, nie sięgamy po ambitne kino - sięgamy dna, ale robimy to z przyjemnością. Sięgnięcie dna jest okej, ale tylko raz na czas. I tylko w sposób kontrolowany. Dlatego komedie, typu "co się stało z tym moim penisem" oglądam średnio co rok. I jak na razie, American Pie i American Pie: Zjazd Absolwentów, wypadły najlepiej. Mówię to, bo spotkałam się na Filmwebie z komentarzami typu "ę ą, co wy tu oglądacie prostaki, my - szlachta, nie zniżymy się do waszego poziomu". Ok, macie prawo tak myśleć, ale film jest dokładnie taki jaki ma być film o kilku napalonych licealistach, mający ambicje by zaliczyć przed balem maturalnym. Te wszystkie wulgaryzmy, genitalia i seks z ciastem po prostu tu pasują.
Co do jednej z części American Pie - Zjazd absolwentów, humor pozostał, może trochę złagodniał i dojrzał. Uważam natomiast, że film jest uroczy i pokazuje niektóre problemy i sytuacje z jakimi mierzy się typowy trzydziestolatek dzisiejszych czasów, z zaskakującym realizmem. Stagnacja, rutyna, nudna praca, dekoloryzacja życia łóżkowego - to wszystko jest takie prawdziwe. Mimo to, dowiadujemy się, że przyjaźń potrafi być wieczna, a ludzie aż tak bardzo się nie zmieniają. Serio - Zjazd Absolwentów skłoni Was do sentymentu, jeżeli tylko oglądaliście pierwszą część.
Aha, i jeszcze chciałam dodać, że kocham Paula Fincha i również uważam, że tłumaczenie książek na łacinę jest seksi.


17 again

Ta komedia zawsze kojarzyła mi się z High School Musical, a to przez Zaca Efrona oraz licealne życie i grę w koszykówkę, jako jedne z motywów przewodnich. Nic się jednak nie martwcie, de facto nie ma z HSM zbyt wiele wspólnego. Jest to film dobry. Tak uważam, podobnie myślą osoby z którymi dzieliłam się opinią na temat 17 again. Opowiada historię Amerykanina w średnim wieku, który dochodzi do wniosku, że zmarnował swą prawdopodobną karierę koszykarską, zbyt wcześnie wpadając w pułapkę małżeństwa i rodzicielstwa. Los daje mu więc możliwość odwrócenia historii i Mike ponownie staje się nastolatkiem. Daje mu to okazję nie tylko do nadrobienia umiejętności koszykarskich, ale również zaprzyjaźnienia się z własnymi dziećmi, będąc ich rówieśnikiem. To wszystko prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, które, o dziwo, serio bawią! Okazuje się też, że życie nastolatka w obecnych czasach wcale nie jest takie łatwe. Czy Mike aby na pewno jest na to gotowy? W roli Mike'a zobaczymy Zaca Efrona (Mike nastolatek) i Matthew Perry'ego (Mike dojrzały), znanego Wam zapewne z serialu Przyjaciele - grał Chandlera! <3 Panowie są naprawdę świetni w swoich rolach, pozostała część obsady też. Chociaż film pozostaje w konwencji młodzieżowej, myślę, że nadaje się dla każdego. Przede wszystkim jest zabawny - przyjaciel Mike'a Ned to jest mistrz, ale również może skłonić nas do refleksji nad przemijaniem i naszymi życiowymi wyborami. Przecież dość często myślimy, co by było gdyby... Czy w danej sytuacji, kilka lat temu mogliśmy podjąć inną decyzję? Czy wtedy nasze życie potoczyłoby się zupełnie inaczej? No cóż - my nigdy się tego nie dowiemy, Mike ma zaś taką możliwość. Jaką drogę obierze i o czym zadecyduje, dowiecie się, gdy sięgniecie po ten przyjemny doprawdy film - polecam!




niedziela, 30 kwietnia 2017

O feminizmie słów kilka, czyli międzyblogowe rozmowy

Ostatnio coraz więcej słyszy się o feminizmie. Mimo że zewsząd zalewani jesteśmy feministycznymi poglądami, to czasem nie możemy wyzbyć się wrażenia, że płynące z mediów informacje sieją zamęt w naszych głowach i już sami nie wiemy, o co w tym całym feminizmie chodzi. Razem z Anią z bloga My Garden of Imagination postanowiłyśmy poruszyć ten niełatwy i niewygodny dla niektórych temat i spróbować rozstrzygnąć, kim są te „straszne” feministki ;)




Ania: Skoro nasza rozmowa ma być o feminizmie w dzisiejszych czasach, zacznę z grubej rury ;) Czy określasz się jako feministka?

Dominika: Odpowiem jak typowy kandydat na przyszłego psychologa: "To zależy" ;) A zależy to od tego, jak w naszej rozmowie zdefiniujemy feminizm. Wydaje mi się, że wokół feminizmu ciągle niestety krążą negatywne, oparte na stereotypach opinie. Zanim więc odpowiem na Twoje pytanie - spotkałaś się z jakimiś krzywdzącymi, niepochlebnymi poglądami dotyczącymi feminizmu?

Ania: Rozumiem feminizm taki jakim jest naprawdę, a o jego wypaczeniach, zmierzających raczej w kierunku szowinizmu jeszcze porozmawiamy ;) Koleżanka Wikipedia prawi tak: "Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet." Rozumiem go właśnie w tej formie i dlatego w pełni za feministkę się uznaję. Powiem jednak, że całkiem niedawno terminu tego nie rozumiałam i wydaje mi się że właśnie z tego niezrozumienia wynika większość negatywnych opinii (odpowiadając Ci, tak spotkałam się) o feminizmie.

Dominika: Zwróciłaś uwagę na bardzo ważną rzecz - nie wystarczy znajomość "suchej" definicji, ale też w pełni świadome zrozumienie. Dlatego właśnie nawiązałam do stereotypowych opinii. Wydaje mi się, że negatywne emocje i kontrowersje wokół feminizmu wynikają z niezrozumienia tego terminu, czy też może raczej braku dobrej woli, by dowiedzieć się, co się za tym pojęciem kryje. Wciąż jeszcze niestety słyszy się opinie, że feminizm to atak wymierzony w cały rodzaj męski, albo i też dążenie do wyzbycia się kobiecości przez przedstawicielki naszej płci. O skandalicznych i obraźliwych komentarzach dotyczących urody feministek wolę nie wspominać.

Ania: Czyli wnioskuje że raczej jesteś feministką :P Ale uwierz - gdyby ktoś pięć lat temu zapytał mnie czy jestem feministką, powiedziałbym, że nie! Musiałam dopiero poznać sam termin, jego rodowód, sens.. Dużo kobiet odcina się od feminizmu. Zapominają, że gdyby nie jego walczące przedstawicielki kilkadziesiąt lat temu, Nie miały by prawa do pracy, godziwych zarobków, głosu wyborczego, możliwości studiowania, osobowości prawnej itd. Nie warto odcinać się od tego pojęcia, a te odcinające się Panie uświadamiać i jeszcze raz uświadamiać!


Dominika: Jeszcze przez krótką chwilę powstrzymam się od oficjalnej, bezpośredniej deklaracji ;) Pojawił się w naszej rozmowie ciekawy wątek - feminizm kiedyś i feminizm dziś. Gdybym miała opierać się na takiej klasycznej, wspomnianej przez Ciebie wcześniej definicji feminizmu i gdybym przypomniała sobie sytuację kobiet w nie tak bardzo dawnych czasach oraz osiągnięcia i zmiany, które tym niezwykle silnym, odważnym, zdeterminowanym kobietom udało się na przestrzeni lat wywalczyć, to bez wahania odpowiedziałabym, że jestem stuprocentową feministką, z szacunku i wdzięczności za możliwości, które teraz mam – o, chociażby takiego studiowania na uczelni wyższej, co kiedyś dla kobiet nie było osiągalne. A gdybym miała Ci odpowiedzieć, czy jestem współczesną feministką, której rola, znaczenie i charakter problemów, z jakimi musi się mierzyć, są inne niż dawniej.... to tak, potwierdzam, jestem feministką ;) 

Nieco okrężną drogą dotarłyśmy w końcu do etapu oficjalnych deklaracji. Pora więc na moją definicję feminizmu, feminizmu naszych czasów. Dla mnie feminizm przede wszystkim wiąże się z wolnością, rozumianą jako możliwość decydowania o sobie. Jestem feministką, a więc jestem świadomą, wolną kobietą, mogącą w pełni decydować o sobie, o swoim życiu. Wydaje mi się, że wyzwaniem dla dzisiejszych feministek jest... jakby to powiedzieć... swego rodzaju zniewolenie przez panujące powszechnie normy społeczne i inne niepisane reguły. Do głowy przychodzi mi wywieranie presji na kobiety, aby ich życie toczyło się zgodnie z narzuconym planem, w którym koniecznie trzeba uwzględnić macierzyństwo, w odpowiednim do tego wieku, bo zegar biologiczny tyka! ;) Jeżeli więc jestem feministką - to znaczy że jestem wolna od takich społecznych nakazów, to znaczy że sama kształtuję swoje życie, sama podejmuję świadome decyzje.

Ania: To co napisałaś, jest oddaniem moich myśli. Niektóre z kobiet swój antyfeminizm w ten sposób argumentują: 100 lat temu byłabym feministką, ale teraz to już nie ma sensu. Dla mnie to głupia postawa. Jeśli byłaś feministką, to nią zostajesz. Tu przecież chodzi tylko o równouprawnienie. Heloł - feminizm nie gryzie. Xd I tak - w Polsce, w Europie, nie musimy już walczyć o tak oczywiste rzeczy jak edukacja, czy prawo wyborcze (swoją drogą Polska dała swoim obywatelkom głos jako jedna z pierwszych < 3). Ale już przypadki firm w których mamy do czynienia z nierównymi pensjami istnieją. Rozmawiałam z Panią, która pracowała przy taśmie produkcyjnej. Tam to jest na porządku dziennym.

Dominika: Aż mi się przypomniał krążący gdzieś w sieci mem szydzący z kobiet walczących współcześnie o swoje prawa - "bo kobiety przecież mają prawa, czego one jeszcze chcą, hehehe." Boki zrywać ze śmiechu. Wspomniane przez Ciebie dysproporcje w wynagrodzeniach to realny problem, i to nie gdzieś w odległej galaktyce, ale tu, w Polsce, w Europie. Problemem są jeszcze inne przejawy seksizmu, które pewnie gdzieś się jeszcze w naszej rozmowie pojawią.

Ania: To o czym mówisz - uwolnienie się od narzuconych schematów to również kluczowa sprawa! I tutaj mam na myśli nie tylko kobiety, ale i mężczyzn! Jeszcze raz powtarzam - jestem za równością, nie dominacją jednej płci!


Dominika: Cieszę się, że wspominasz o odróżnieniu równości od dominacji. Warto podkreślić, że feministki nie domagają się uzyskania większych praw kosztem mężczyzn, pozbawienia ich tych wszystkich wynagrodzeń i miejsc pracy. Feminizm nie jest również atakiem wymierzonym w kobiety pracujące w domu i zajmujące się dziećmi. Chcesz "robić karierę" - rób, naprawdę nie ma w tym przypadku znaczenia to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Chcesz założyć rodzinę i zajmować się dziećmi, zajmuj się. Chcesz sprzątać i gotować - jeżeli sprawia ci to radość, jeżeli lubisz to robić, to droga wolna. Znam kobiety, które uwielbiają przygotowywać ulubione dania dla całej rodziny, ale również znam mężczyzn, którzy czerpią radość z gotowania dla bliskich. To, że jesteś kobietą lub mężczyzną, nie oznacza, że jesteś skazana bądź skazany na narzuconą z góry rolę, lecz że masz takie samo prawo do decydowania o swoim życiu, jak i przedstawiciele płci przeciwnej.

Ania: Ja na przykład bardzo lubię mężczyzn. xd W sensie uważam że bez nich byłoby bez sensu. Świetnie pokazał to film Seksmisja, który niektórzy uważają za przejaw szowinizmu. Dla mnie to natomiast mega zabawny, ironiczny film, pokazujący, że obie płcie, cholera, są potrzebne. Ja natomiast rzeknę jeszcze coś o tym, o czym fajnie pisze autorka bloga Jaskółczarnia (mega wszystkim polecam). Mamy (wciąż!) silnie narzucone wzorce płciowe. Widzę to na co dzień, widzę to w mojej rodzinie, nawet najbliższej. Niestety. Widzimy to też w polityce (szanowny pan Korwin- Mikke jako skrajny przypadek szowinizmu). On widzi kobietę w kuchni, a mężczyznę w pracy. A czy sytuacja może być odwrotna? Jeżeli to decyzja partnerska, to czemu nie. Wyjdźmy ze schematów! Oczywiście kto chce, niech nie wychodzi, tak jak mówiłaś.

Opowiem jeszcze coś. Mój wujek boi się jeździć samochodem. Zrobił w młodości prawo jazdy, ma papierek, ale zwyczajnie boi się tego robić. Ileż razy słyszał od otoczenia komentarze typu "Nie głupio Ci? Kobieta za Ciebie musi jeździć? KOBIETA?". To jest to - narzucanie określonej roli. Przecież to mężczyzna! Musi jeździć samochodem! Nawet jeżeli powodowałby tym samym wypadki na drogach. To jest właśnie bezmyślne. Tak samo jak "Nie płacz! Zachowuj się jak mężczyzna!". To działa w obie strony.

Dominika: Wiesz co... Mam takie wrażenie, że zrodziła nam się tu piękna koncepcja feminizmu - feminizmu, który dba o nas wszystkich, i o kobiety, i o mężczyzn ;) Wydaje się to oczywiste i banalne, ale rzadko się na to zwraca uwagę, rzadko dokonuje się głębszej analizy pojęcia "równość".


Ania: Właśnie chciałam poruszyć sprawę dyskryminacji mężczyzn również, jednocześnie tworząc oryginalną dyskusję. O tym mało się mówi, a problem też istnieje. Natomiast może poruszmy jeszcze temat wypaczenia feminizmu. Pamiętasz, wysyłałam Ci filmik ze sławetnym "6 stycznia miałam aborcję"? Niestety, gdy przeciętny Janusz myśli "feministka" widzi przed oczyma takie osoby...

Dominika: Dokładnie tak, przeciętnej, niezbyt wnikliwej osobie wystarczy kilka minut medialnego występu, aby stworzyć sobie w głowie obraz feminizmu i zgeneralizować go na wszystkie kobiety określające się mianem feministek. Problemem jest to, że niestety nie każdy decyduje się podjąć wysiłek, by dowiedzieć się czegoś więcej o feminizmie, aby zgłębić temat, zastanowić się parę razy zanim zacznie się rozpowszechniać nieprawdziwe informacje dotyczące celów i założeń feminizmu. Ale na to chyba nie mamy zbyt wielkiego wpływu…

Ech, wolałabym zakończyć naszą rozmowę bardziej pozytywnym i optymistycznym akcentem. To może na zakończenie skierujmy uwagę na książki, filmy i inne środki, dzięki którym idee feministyczne mogą dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Jakieś pomysły? ;)

Ania: Ja chciałam polecić przede wszystkim blogi, prowadzone przez feministki i feministów. Pierwszy z nich to wspomniana już Jaskółczarnia. Blog ten jest stricte o kobietach. Reszta natomiast to blogi różnego rodzaju - głównie lifestylowe, tworzone w prawdziwie błogim, feministycznym duchu. Są to: Riennahera, Stay Fly, blog Pawła Opydo i Szafa Sztywniary.

Co do książek i filmów, myślę, że świetnie obrazujące emancypację kobiet są Służące. Polecam też film Jentl, gdzie kobieta przebiera się za mężczyznę, by móc podjąć naukę na uniwersytecie. Warto obejrzeć też Casanowę - tam mamy do czynienia z humorystycznie przedstawionymi wątkami feminizmu. I jeszcze jedno: czy Pocahontas była feministką? Moim zdaniem tak. Chyba pierwszą wśród księżniczek ;)

Dominika: Nie zapominaj o czołowej disneyowskiej feministce Mulan! :D



niedziela, 9 kwietnia 2017

Na przekąskę w Krakowie

Kraków i jedzenie. Dwa dość istotne elementy mojego życia.

W tym pierwszym się wychowałam, mieszkam i pewnie jeszcze przez jakiś czas będę mieszkać. Nawet jeśli wkrótce nasze drogi się rozejdą, zawsze będę tu wracać. Myślę sobie czasem, co w nim kocham najbardziej i nie mogę się zdecydować. Jest wiele takich rzeczy. Ale chyba najbardziej cenię fakt, że tu można sobie pozwolić na melancholię. Możemy włóczyć się godzinami po Starym Mieście, siedzieć na Plantach i patrzeć się w niebo, czy powoli sączyć herbatę w jednej z milionowych, Krakowskich kawiarni. I nikt się na nas dziwnie nie popatrzy. Nie zjeździłam całej Polski, ale w wielu miastach tak nie ma. Kraków wydaje mi się pod tym względem unikatowy. No, w końcu stąd wywodzi się Krakowska Cyganeria.

Z przyjemnego rytuału przesiadywania na mieście nietrudno mi płynnie przejść do tematu jedzenia, czyli do tego, czego Kraków ma dużo i dobrze. Na każdej Krakowskiej ulicy w okolicy Centrum, znajdziemy miejsc do jedzenia co najmniej kilka. Jest do wyboru, do koloru - to od nas zależy, czy zechcemy zjeść konkretny, typowo polski obiad, egzotyczne danie, lekki lunch, czy smakowity deser. Jestem wciąż w trakcie odkrywania smacznych miejscówek - dziś natomiast polecę Wam trzy sympatyczne lokale, w których można coś pysznie i szybko przekąsić. Oczywiście w estetycznym wnętrzu!

Niebieskie Migdały




Czy ja pisałam już o Niebieskich Migałach? Chyba nie. Należy to prędko nadrobić, gdyż jest to jedna z moich ulubionych kawiarni w Krakowie. Otwarta niedawno, bo co najwyżej półtora roku temu, skrywa się na Placu Wszystkich świętych, dokładnie na przeciwko Muzeum Wyspiańskiego. Zacznę od tego, co kluczowe dla mojego częstego tam przebywania. Jest to, jak się pewnie domyślacie, wystrój wnętrza. Lokal jest utrzymany w przytulnym klimacie, urządzony w eleganckim stylu glamour. Dostrzeżemy tu harmonijny i pełen finezji eklektyzm, bowiem kawiarnia łączy piękne meble retro, z licznymi elementami nowoczesności, czy wręcz industrializmu. Niebieskie fotele i biało-czarna posadzka idealnie współgra z szarością sufitu i umieszczonym pod nim splotem rur. Dodatkowo duża ilość luster w odpowiednim miejscu wizualnie powiększa lokal. Można się nawet na to nabrać. Ogólnie estetyczna petarda.
No dobrze, ale dość o wnętrzu, w końcu przychodzimy tu zjeść/ napić się, nie zamieszkać. (lol) Jeżeli chodzi o kwestie lunchowe, bardzo polecam tutejsze kanapki. Są zrobione z przeciętego na pół obwarzanka, a to, co będzie między połówkami, jest już w naszej gestii. Ja na ogół zamawiam go z mozarellą, suszonymi pomidorami i rukolą (być może jeszcze coś w środku jest). Lanchów do wyboru jest sporo, z tego co pamiętam nie są to tylko kanapki. Kolejną niewątpliwą pysznością są desery. Ja zwykle rzucam się na tartę cytrynową, ale ja robię to wszędzie. W każdym razie jest wspaniała. Świetnym deserem jest też niebieski migdał, czyli coś w rodzaju kremu/ galaretki, w kształcie migdała, obleczonego niebieskim lukrem. Zawsze zamawiam też herbatę, a do wyboru jest ich kilkanaście. Powiem od razu, że bardziej opłaca się brać ją w kubeczku, chyba, że mamy ochotę na późniejszą dolewkę. Czekoladę pitną też warto zamówić, szczególnie, że na wierzch dostajemy kolorowe pianki. Do niektórych napojów dodają też sporego migdała w niebieskim lukrze. Obsługa jest zawsze przyjazna, choć jakoś super tanio niestety nie jest.
Podsumowując, przytulnie, miło i pysznie - zajrzyjcie koniecznie!

Columbus Coffee



Bardziej kawiarnia niż bistro, ale kanapki też mają niezłe. Oprócz tego za tytułową lunchową przekąskę mogą służyć jeszcze sałatki i jogurty. Ja jednak najczęściej wybieram tu muffiny, dzięki którym jestem syta przez kilka godzin (w moim przypadku to dużo). Zazwyczaj wybieram te czekoladowe lub jagodowe, a do tego dużą herbatkę. Ostatnio natrafiłam na jaśminową, ale chętnie pijam też czarną i zieloną. Warto zamówić sobie też świeżo wyciskany sok. Ja za nimi akurat nie przepadam, ale wiem, że sporo osób je uwielbia. Aha, zapomniałabym o kawach. Z tego co widzę jest ich tam mnóstwo (kawa jest nawet w nazwie lokalu prawda...). ale ja kawy nie lubię zupełnie, toteż musicie ryzykować. ;) Elementy (oprócz jedzenia i picia) składające się na wartościowość Columbusa to: umiejscowienie, wystrój i przestrzeń. 
Kawiarnia ta ma to, czego w Niebieskich Migdałach za bardzo nie ma. Dużo przestrzeni, atmosferę spokoju i intymności. Każdy stolik jest porządnie oddzielony od sąsiedniego, także nie mamy wrażenia, iż panie przy stoliku obok podsłuchują naszą rozmowę. (Jest to dość zwodnicze, gdyż np. ja dwa dni temu z wielkim zainteresowaniem podsłuchiwałam rozmowę pań przy stoliku obok, ale jak mówię, trzeba się postarać :D). Oprócz dobrego ułożenia stolików i foteli, warto też podkreślić, że obie krakowskie filie Columbusa mają po prostu duży metraż, są obszerne. To jest bardzo wygodne, zarówno w przypadku spotkania z grupą przyjaciółek, jak i w sytuacji, gdy chcesz w spokoju się pouczyć. Poza przestrzenią mamy też kolory! Dużo turkusów, pomarańczy i innych barw, znakomicie ze sobą zestawionych. Ponadto miękkie tkaniny foteli, kanap i poduszek i dobrane kolorystycznie ściany. Ogólnie estetyka wnętrza doskonała. <3 Co do umiejscowienia w mieście, obie kawiarnie mieszczą się w praktycznie ścisłym Centrum - jedna na Szewskiej, tuż przy Rynku Głównym, a druga na Starowiślnej, łączącej niejako Śródmieście z Kazimierzem. Jak mówię - Columbus Coffee jest bardzo przytulnym miejscem, dającym odpocząć i schronić się od zgiełku miasta, ciesząc oczy kolorystyczną mieszanką tkanin i ścian i zajadając się muffinami.

Bococa Bistro



Miejsce to pierwszy raz odwiedziłam w tym tygodniu. Odbyło się to zupełnie przypadkiem, gdyż tak się złożyło, że w tej samej kamienicy naprawiano mi laptop. Gdy po niego przyszłam (naprawiony, jeee!), serwis był jeszcze zamknięty, udałam się więc schodkami do Bococi na przeczekanie. Okazało się tu ładnie, klimatycznie, a jeśli chodzi o jedzenie - zdrowo! Tutaj już nie tylko można wybrać się słodkości, ale również zjeść konkretne śniadanie, czy obiad. Jednak to ważne - tylko wegetariańskie! Ponieważ trafiłam tam o 10 rano, zamówiłam sobie omlet z kozim serem i rukolą, do którego podano mi koszyczek chleba i masełko. Co tu dużo mówić, było pysznie! Herbata oczywiście też w porządku i to jak na razie tyle tam próbowałam. W tym tygodniu przymierzam się do skosztowania obiadowej potrawy z humusa, która wypisana na tablicy, brzmi bardzo smacznie. Chciałam ją zjeść tamtego dnia, ale dania obiadowe podają w bistro dopiero po 12, wcześniej zaś tylko śniadania. Jeżeli chodzi o przestrzeń, nie jest najlepiej, gdyż pomieszczenie (choć spore) jest po prostu tylko jedno. Nie jest to jednak duży problem, acz w godzinach szczytu, miejsca może po prostu dla nas zabraknąć. Wnętrze jest urządzone w surowym stylu - ściany z białej cegiełki, czarne, wiszące lampy, menu na wielkiej, ściennej tablicy. Ogólnie estetyka na plus. Czerń, biel i drewno razem to dobro. Zjem więcej, to jeszcze do recenzji Bococi wrócę. Jeżeli będziecie na Placu Inwalidów i akurat znajdziecie trochę czasu, to wpadajcie. Chodziłam w pobliżu do gimnazjum i liceum, a nigdy tego nie zrobiłam. Teraz będę nadrabiać. :)

środa, 22 marca 2017

Oscarowa mieszanka #3

Manchester by The Sea to wisienka na torcie tegorocznego rozdania Oscarów. Myślę, że w tym roku będzie już niewiele filmów, które zrobią na mnie tak duże wrażenie. Obrazu Kennetha Lonergana nie zapomnę przez bardzo długi czas. 


Bohaterem filmu Lonergana jest Lee Chandler - mężczyzna powracający do rodzinnego miasta, by przejąć opiekę nad synem zmarłego brata. Poznajemy Lee, jako zgorzkniałego, pełnego bólu i poczucia winy człowieka, którego jedynymi emocjami jakie potrafi okazać są złość i agresja. Na początku filmu nie wiemy dlaczego, tak jest - myślimy, dlaczego do cholery ten człowiek jest takim pacanem!  I wtedy zaczyna się historia (której nie mogę powiedzieć bez spojlerowania). Sukcesywnie obserwujemy idealnie wkomponowaną w fabułę filmu retrospekcję, która powoli rozjaśnia nam wszystko. Co istotne, jak podkreślali Sfilmowani, nic tam nie jest naciągane - wszystko perfekcyjnie działa. A nie jest to wcale regułą w filmach, w których retrospekcja gra dużą rolę.


Manchester by The Sea to film o cierpieniu. Nie ma co ukrywać - opisuje on ból, dostarcza go widzowi - jest nim przesycony. Co więcej, zauważyłam pewną zależność - otóż cierpienie jest tu wręcz symboliczne. Wiele prostych elementów, którymi przepełniony jest obraz, to symbole cierpienia i smutku dla Lee, jego bratanka i pozostałych bohaterów. Są nimi samo miasto - Manchester, dom, czy jacht. Potrafi nim być nawet kurczak z zamrażarki. Symbolami cierpienia są też ludzie - była żona głównego bohatera, jej dziecko, czy żona zmarłego brata. Czym bardziej poznajemy Lee, czym bardziej wgłębiamy się w jego postać, tym bardziej rozumiemy jej odrętwienie i niemożność normalnego życia w społeczeństwie. Jeżeli chodzi o mnie, bardzo rozumiem głównego bohatera, tak bardzo rozumiem też jego bratanka Patricka, którego stany lękowe zostały pokazane wprost perfekcyjnie! Z resztą podobnie jak epizody agresji jego wujka. 

Mimo ogromu smutku, akcentowanego dodatkowo przez szare, klimatyczne miasteczko, film daje spokój i nadzieję. Nadzieję, że chodź poszarpana rana przeszłości się nie zabliźni, to że może kiedyś ukaże się promień słońca, czy cień uśmiechu. Chociaż taki malutki. Trochę ciężko mi mówić o tym filmie - myśląc o nim, mam w sobie dużo myśli które we mnie siedzą, a nie potrafię ich ująć w słowa. Manchester trzeba po prostu zobaczyć. Myślę, że film dobrze obrazuje to, że tak jak widzimy danego człowieka na zewnątrz, może nie mieć nic wspólnego z tym, co dzieje się w jego środku. Postać Lee i to co ma w sobie, pokazuje by nie oceniać osoby, gdy nie znamy zaplecza, kontekstu. Manchester by The Sea niesamowicie obrazuje też miłość. Taką miłość, która tkwi w człowieku, mimo tego co przeżył - zupełnie absurdalną i bolesną, ale wciąż prawdziwą. Mówię tu o Lee i jego żonie Randi - myślę, że sami zauważcie o co mi chodzi. Kolejną, może już oklepaną nauczką płynącą z tego filmu jest fakt, że jedna chwila, dosłownie jedna minuta, może zaważyć o całym naszym późniejszym zyciu. Może obrócić je o 180 stopni, może nas zszargać, przeżuć i wypluć, a my wciąż żyjemy, nawet jeśli nie chcemy. Życie nieuchronnie toczy się dalej, a my nie możemy wypaść z obiegu. 

Myślę że film może pokazać nam o wiele więcej i każdy zauważy w nim coś przemawiającego dla siebie. Ja wspomnę jeszcze tylko o relacji. Jak jej siła może pomóc w odbudowaniu siebie. Mówię tu o nieporadnie i topornie, ale prawdziwie, tworzącej się przyjaźni między głównymi bohaterami - Patrickiem i jego wujem. Ta relacja jest dla nich obu zbawienna choć żaden z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Cała obsada jest wspaniała. Łącznie z dziećmi, bohaterami drugoplanowymi, czy nawet epizodycznymi. Wszyscy grają doskonale, a Oscar dla Casseya Afflecka był konieczny po trzykroć. Gdyby Cassey go nie dostał, osobiście zamknęłabym się na strychu i nie wychodziła stamtąd przez miesiąc. Nie wiem co to miałoby dać, ale ot, po prostu bunt przeciw niesprawiedliwiej rzeczywistości. Rzeczywistość okazała się jednak sprawiedliwa i Oscar dla Afflecka jest. Nie ma za to Oscarów dla odtwórców roli Patricka i Randi - ale nic to nie szkodzi, jeszcze przyjdzie czas i na nich. Mamy również Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny i chwała za to, bo ten scenariusz to perełka. Jak dla mnie Manchester mógłby zgarnąć więcej statuetek, gdyż w każdej dziedzinie był wykonany perfekcyjnie. Muzyka! Zarówno ta stworzona dla filmu, jak i dobór muzyki klasycznej doskonale wywoływały emocje, bądź też wzmacniały je. Samo miasteczko, było piękne, ale i smutne, przez co tworzyło idealną atmosferę dla tego filmu. 

Cóż jeszcze mogę powiedzieć - dla mnie, jeden z najlepszych, najbardziej skłaniających do przemyśleń filmów jakie obejrzałam. Na pewno moja ulubiona produkcja tegorocznej Gali Oscarowej. Nie mam mu dosłownie nic do zarzucenia. Wyszłam z kina pełna emocji i zachwytu. Obejrzyjcie Manchester by The Sea - jest duże prawdopodobieństwo (choć nie stuprocentowe, nie w każdego emocje film trafia, nie każdego tak uderza), że będziecie zachwyceni!

wtorek, 14 marca 2017

Oscarowa mieszanka #2


Lalaland


Kolejnym filmem, który znalazł się w czołówce tegorocznych Oscarowych dzieł jest Lalaland. Od jakiegoś czasu każdy wiedział, że film ten z jedną statuetką z Gali nie wyjdzie. Będzie ich co najmniej kilka. I ja tak podejrzewałam i tego właśnie mu szczerze życzyłam.

Laland to historia dwóch trochę zagubionych życiowo, nieporadnych, ale krańcowo uroczych marzycieli - Mii i Sebastiana. Ona od kilku lat próbuje wybić się jako aktorka, ganiając na castingi. Hermetyczne, hollywoodzkie środowisko nie daje jej jednak takiej możliwości. On jest zapalonym muzykiem jazzowym, którego sztuka nie znajduje uznania. Musi więc zakopywać swoje ideały i zadowalać się mało satysfakcjonującą pracą. Los sprawia, że młodzi kilkakrotnie wpadają na siebie, aż oczywiście wpadają w nieuchronne sidła miłości. Od tej pory wspólnie, ramię w ramię dążą do spełnienia swoich marzeń.

Tematyka filmu jest mi bliska, bo i wszelkie przejawy sztuki są mi bliskie. Szczególnie zaś aktorstwo i muzyka, czyli dziedziny artystyczne, które reprezentują Mia i Sebastian. Kocham ludzi tworzących i zatracających się w różnych dziedzinach sztuki, bo są barwniejsi i jaśniejsi od pozostałych. Po prostu. Dlatego też od początku zakochałam się w tej filmowej parze i wspierałam ich w ich wzlotach i upadkach. Niesamowitym dla mnie momentem filmu który wyciągnął ze mnie trochę łez, była piosenka będąca zwieńczeniem całego filmu - Dreamers. Będąc pochwałą dążenia do marzeń i życia przepelnionego sztuką i wskazując jednocześnie na przesłanie tego musicalu, już na zawsze może stać się hymnem marzycieli. Dreamers, śpiewane przez Mię, było nominowane do Oscarów, tak samo jak znane wszystkim City of Stars. To właśnie ta druga piosenka zdobyła statuetkę, czego się spodziewałam. Mimo, że nie jest już tak poruszająca, również ją uwielbiam. Dowodzi tego fakt, że po powrocie z kina poleciałam drukować do tego nuty i nauczyłam się grać jej na pianinie w rekordowym jak dla mnie tempie. Inne piosenki również są niesamowite, w tym Another Day Of Sun i Someone In The Crawd. Piękna jest też przecież Theme Song, pełniąca niejako funkcję klamry całego filmu. Oczywistym były więc dla mnie Oscary za ścieżkę dźwiękową i za najlepszą piosenkę.

Zdziwiłabym się również gdyby Lalaland nie zdobył statuetki za wspaniałą scenografię. W założeniu miała ona sprawiać wrażenie lekko nierealistycznej, by wprowadzić nas w klimat bajkowej, może trochę disneyowskiej miłości. Były więc gwiazdy, blaski, zielenie i fiolety. Wszystko tak szalenie estetyczne! Zakochałam się w bajecznych latarniach ustawionych na kalofornijskim molo. Miasto najwyraźniej też, gdyż ten element scenografii zdobi Los Angeles do dziś.

Jedyne co mogę filmowi zarzucić było niedopracowanie innych bohaterów, poza główną parą. Nie wiemy praktycznie nic o rodzinach, znajomych, otoczeniu głównych bohaterów, a jeżeli już coś wiemy, to te wydają się nam odrzucające i niemiłe. Sprawia to wrażenie jakby Mia i Sebastian byli jedynymi slusznymi superbohaterami walczącymi o dobro i piękno tego świata. Cały zaś świat stoi na przeciw ich planom. Być może tak miało być, pewnie był to zabieg celowy, jednak mnie innych bohaterów trochę brakowało. Biorąc jednak pod uwagę całokształt musicalu, jest to drobnostka.

Cóż jeszcze mogę powiedzieć. Film jest fenomenem światowym, mooooże fama go otaczająca jest trooochę przesadzona, ale tylko trochę. Cieszę się, że nie dostał głównego Oscara, ale na pozostałe już w zupełności zasłużył. Film jest lekki, bo ma być lekki! To musical/ komedia romantyczna, więc jeżeli ktoś operuje terminami typu "mało ambitny" to radzę sobie przemyśleć, czy wie z jakim gatunkiem ma do czynienia.
Lalaland podobał się większości moich znajomych - docenili go również mężczyźni, co nie jest oczywistością, gdy mowa o musicalach! Ja kocham Lalaland przede wszystkim za muzykę, scenografię i ten cudowny idealizm pochwałę sztuki i marzeń. Polecam wszystkim!

niedziela, 12 marca 2017

Oscarowa Mieszanka #1

W tym roku byłam aż na trzech filmach nominowanych do Oscara za najlepszy film, więc jest ze mną w tej kwestii coraz lepiej. W ogóle ostatnio łażę do kina jak nienormalna i najchętniej bym w którymś z nich zamieszkała. Myślę, że Cinema City byłoby odpowiednie, choć Kinem pod Baranami, Arsem czy Multikinem również bym nie pogardziła.

Ponieważ wybrałam się na filmy, które zdecydecydowanie były faworytami Oscarów 2017, poznajcie moją opinię o tych trzech, naprawdę dobrych dziełach. W pierwszej odsłonie napiszę coś o Moonlight, czyli laureacie Oscara za najlepszy film 2016 roku.

Moonlight




Byłam przekonana, że to Lalaland zdobędzie najważniejszego z Oscarów (mogli się cieszyć nim przez parę minut ;)), tym czasem otrzymał go opisywany przeze mnie film. Szczerze? Cieszy mnie ten wybór komisji. Wokół Lalalandu zrobił się tak głośny szum, że wszyscy ogluchli i nie usłyszeli wiele o Moonlight. A jest to wartościowy film w reżyserii Barry'ego Jenkinsa. Zauroczył mnie spokojem, muzyką i niezwykłym sposobem prowadzenia kamery. Podoba mi się podzielenie filmu na trzy części. W każdej z nich widzimy tego samego bohatera - Chirona, na różnych etapach rozwoju. Najpierw jest przestraszonym dzieciakiem w wieku szkolnym, który żyjąc w patologiczny domu z narkotyzującą się matką, szuka ukojenia u innych ludzi. Potem widzimy wrażliwego nastolatka zmagającego się z własną seksualnością i przemocą w szkole. W ostatnim obrazie dowiadujemy się na kogo wyrósł mały Chiron i w jaki sposób zapełnia braki z dzieciństwa. Ujęcia są niepowtarzalne. Warto szczególnie zwrócić uwagę na scenę, w której chlopiec uczy się pływać. Paradoksalnie emanują z niej dynamiczność i spokój jednocześnie. Duże wrażenie robią kolory filmu oraz muzyka, genialnie współgrająca z przebiegiem akcji. Nie można nic zarzucić rownież grze aktorskiej - jest ona na wysokim poziomie zarówno wśród dorosłych, jak i dzieci. Naomie Harris w roli matki Chirona i Mahershala Ali grający opiekuna i mentora chłopca, w pełni zasłużyli na nominację do nagrody Akademii. Uważam, że Moonlight jest przede wszystkim oryginalny. Porusza wiele problemów, zakorzenionych w amerykańskim środowisku (dilerka i gangsterka w tzw. czarnych dzielnicach) oraz tych obecnych wszędzie (trudności z akceptacją homoseksualizmu, przemoc w szkole i w domu, uzależnienia, czy osamotnienie). Owszem tych zagadnień jest tu wiele, ale nie czułam się nimi przytłoczona. Mówię o tym, bo usłyszałam taki argument - że zbyt wiele. Moim zdaniem nic tu się nie wyklucza i niczego nie jest za dużo. Poza tym "zbyt wiele"? Dam głowę, że istnieją patologiczne rodziny, w których zyją osamotnieni, czarnoskórzy chłopcy o orientacji homoseksualnej. Więc skoro miewamy w życiu do czynienia z sytuacjami "zbyt wiele", to można mieć pretensje jedynie do losu, nic nie jest tu wydumane. Jednocześnie zauważyłam pewien dyskomfort wśród osób, które chcą skrytykować ten film. Myślę, że część z nich boi się przyklejania łatki "homofob". Jako osoba, której Moonlight się podobał mówię więc: Dajcie spokój xd. Film ma prawo się Wam nie podobać, jak każdy inny. Tak jak ja mam prawo nie przepadać za American Beauty, czy Dirty Dancing, mimo, że oba obrazy są ubóstwiane przez populację. ;) Moonlight jest specyficzny i jestem w stanie zrozumieć mieszane uczucia w stosunku do niego. No chyba, że Wasza negatywna opinia wygląda tak.



(Mam ochotę strzelić sobie w łeb, gdy widzę coś takiego) 😂

Moim jednak zdaniem, film ten ma w sobie pewnego rodzaju magię, dobry, spokojny klimat i zostawia w człowieku pewien trwał ślad, mogący stać się okazją do przemysleń. Serdecznie polecam Wam go obejrzeć.

Ps. Jeszcze więcej - ciekawie i mądrze - przeczytacie o Moonlight na blogu Tattwa (rozwinęła tam wszystkie moje myśli na temat kina zaangażowanego dzisiejszych czasów). ♡